Jestem hazardzistą – tak jak Łukasz Burliga . Tak jak Łukasz, byłem w zamkniętym ośrodku leczenia uzależnień w Starych Juchach. Ja nie gram, prowadzę bloga, na którym dzielę się swoimi doświadczeniami z nadzieją, że komuś pomogę. A Łukasz… „zapadł się pod ziemię”. Tak przynajmniej twierdzi Maciej Wąsowski, dziennikarz Przeglądu Sportowego, który we wtorkowym wydaniu gazety pisze o problemach z hazardem piłkarza Jagiellonii Białystok.

O nałogu Burligi wiadomo nie od dziś. W 2014 roku ktoś spotkał go w punkcie zakładów bukmacherskich, nagrał na telefon komórkowy i przesłał właśnie do redakcji Przeglądu Sportowego. „Dzień przed publikacją materiału musiałem zadzwonić do Łukasza i powiedzieć mu o tym. (…) Zadałem kilka pytań, Łukasz odpowiedział, zachował się profesjonalnie, nie chował głowy w piasek. Wydawało się, że upublicznienie problemów pomoże mu w wyjściu na prostą” – w opublikowanym na stronie „PS” komentarzu wspomina redaktor Mateusz Miga. Będący wówczas zawodnikiem Wisły Kraków Burliga trafił na leczenie do ośrodka w Starych Juchach, w którym przebywał 3 tygodnie. Dla porównania ja byłem w ośrodku 8 tygodni. Przez ten czas nie słyszałem o tym, by ktoś był krócej niż 6. O skuteczność trzytygodniowej terapii zapytałem zatem eksperta.

2-3 tygodnie w ośrodku nie oznacza przejścia pełnego cyklu terapii, gdyż ta trwa o wiele dłużej i tak naprawdę powinna być kontynuowana również po jego opuszczeniu. W tak krótkim okresie pacjent nie jest w stanie zrozumieć istoty choroby, nie zdąży poznać jej mechanizmów, ani sposobów ich rozbrajania. To za mało czasu na odnalezienie wyzwalaczy, dokonanie analizy strat oraz uświadomienie sobie ich, poznanie sposobów radzenia sobie w różnych sytuacjach życiowych, które niosą za sobą ładunek emocjonalny trudny do przeżywania – tłumaczy Izabela Margiewicz-Banasiewicz, terapeuta uzależnień z wieloletnim doświadczeniem w pracy z osobami uzależnionymi. – Jedyne co pacjent jest w stanie zrobić przez 3 tygodnie to otrząsa się po ciągach grania, oswaja się z ośrodkiem, ludźmi, programem terapeutycznym, nawiązuje relację terapeutyczną z terapeutą prowadzącym. Poznaje chorobę w dużym uogólnieniu. To okres, w którym u pacjentów pojawia się złudne poczucie mocy, które mylnie jest odczytywane jako gotowość do życia w trzeźwości – kontynuuje specjalistka od choroby hazardowej.

Dalej w Przeglądzie Sportowym czytamy: „W środowisku piłkarskim oraz mediach społecznościowych wiadomości o hazardowych kłopotach Burligi „wzmacniane” były doniesieniami o nadużywaniu alkoholu”. Ja obstawiając mecze nie piłem. Podczas przygotowywania kolejnych kuponów było to dla mnie nie do pomyślenia, ponieważ dokonując analiz musiałem zachowywać trzeźwość umysłu. Owszem, zdarzało się świętowanie wygranych, zwłaszcza na początku mojej choroby, gdy wygrywałem dość często. Raczej nie zapijałem przegranych. Najczęściej albo robiłem kolejne kupony, by jak najszybciej się odegrać, albo nie miałem za co pić. Przed zaglądaniem do butelki chroniła mnie narzeczona. Jej obecność dawała mi ukojenie nawet w najgorszych momentach. Terapeutka, z którą rozmawiałem nie ma jednak wątpliwości, że hazardzista powinien omijać alkohol szerokim łukiem: – Przeciętny hazardzista nie widzi niebezpieczeństwa płynącego ze spożywania alkoholu. Przede wszystkim nie zdaje sobie sprawy, że jako osoba uzależniona ma tendencje do uzależniania się, więc może być to sytuacja grożąca powstaniem choroby alkoholowej. Alkohol jest substancją zmieniającą świadomość więc jak sama nazwa wskazuje, może spowodować zmianę myślenia i uruchomić nawrót choroby hazardowej, czyli powrót do gry.

„Jak kluby powinny postępować w przypadku hazardowych wpadek piłkarzy?” – pyta Przegląd Sportowy pod hasztagiem #komentujwPS. – Przede wszystkim jeżeli ktoś jest nałogowym graczem, czyli osobą uzależnioną, nie można mówić o wpadce – mówi Izabela Margiewicz-Banasiewicz i dodaje: – Klub na pewno nie powinien pozostawiać piłkarza bez pomocy. Najbliższe jego osoby w drużynie: trener i sztab szkoleniowy oraz zawodnicy muszą o wszystkim wiedzieć. Zatajanie problemu stwarza osobie uzależnionej komfort pogrążania się w nałogu. Z taką osobą trzeba rozmawiać, motywować do podjęcia terapii, ale trzeba koniecznie pamiętać, że główna decyzja należy do samego zainteresowanego – podkreśla moja ekspertka. To warto zapamiętać. Możecie pchać na terapię każdego. Jeśli jednak ten ktoś sam nie będzie chciał się leczyć, to niestety nic z tego nie będzie. Przez 8 tygodni pobytu w ośrodku widziałem kilka takich przypadków. Nikt nie został do końca terapii. Z informacji, które do nas docierały, osoby te wracały do czynnego uzależnienia.

Przeczytałem, co Wy odpisaliście na Twitterze na pytanie Przeglądu. Większość z Was uznała, że to życie prywatne zawodnika i jeśli jego uzależnienie nie przekłada się na sportową dyspozycję, to klub nic nie powinien robić. Uznałem, że warto pokazać Wasze odpowiedzi Izie. Oto jej komentarz: – Każde uzależnienie przekłada się w jakimś stopniu na różne sfery życia człowieka. Nałóg nie zostawia wyboru, jeśli człowiek jest uzależniony, to na pewno ma to niekorzystny wpływ na jego funkcjonowanie. Destrukcja, nawet jeśli powoli, to postępuje – zapewnia Izabela Margiewicz-Banasiewicz, która od wielu lat pracuje jako terapeuta uzależnień między innymi z hazardzistami.

Podobał Ci tekst? Udostępnij go innym!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *